Pytanie Jeremiasza o wiarygodność Boga wobec samotności człowieka

Czy człowiek wierny Bogu może czuć się przez Niego opuszczony, a nawet oszukany? Jeremiasz nie ukrywa swojego bólu ani pytań. W szczerej modlitwie odsłania dramat człowieka, który doświadcza samotności, a jednocześnie nie przestaje szukać Boga.

Fragment rozdziału „Czy Bóg mnie oszukał? Pytanie Jeremiasza o wiarygodność Boga wobec samotności człowieka” z książki Biblijne pytania o Boże miłosierdzie, s. 85–87:

Zwątpienie proroka

Był jeszcze Bóg. Jego miłość zrodziła Jeremiasza jako proroka. Przyszła jednak chwila, w której i to wydało się tylko złudzeniem. Wątpliwości narastały stopniowo w sercu proroka, co sam odsłaniał w kolejnych wyznaniach pełnych namiętności podszytej bólem, miłości krzyczącej cierpieniem. Bóg był dla Jeremiasza wszystkim, do tego stopnia, że „pod Jego ręką siedział samotny” (15,18). W Nim rozpoznawał źródło, sens i cel swojej miłości. „Służył Bogu jak najlepiej” (15,2), a mimo to nie doczekał się odpowiedzi. „Jego ból nie miał granic, jego rana była nieuleczalna” (15,18), lecz Bóg ze swoją cierpliwością jakby zwlekał (15,15). Jeśli już Bóg pragnął dotknąć go cierpieniem, to – prosił Jeremiasz – „według słusznej miary, nie według swego gniewu, by go nie umniejszył” (10,24). Ale Pan Bóg milczał, podobny do „podróżnego, który się zatrzymuje, by tylko przenocować” (14,8). Prorok był o krok od oskarżenia nieobecnego Boga o to, że stał się dla niego „zwodniczym strumieniem, zwodniczą wodą”, która daje życie, by za chwilę stać się śmiercią dla podążającego jej wyschniętym korytem (15,18). Bóg go „uwiódł, ujarzmił i przemógł”, podstępnie – niczym młodą dziewczynę – wykorzystał i porzucił (20,7).

Zanurzony w absurdzie swojej egzystencji Jeremiasz nie chciał już wspominać imienia YHWH (20,9) i zaczął przeklinać dzień swoich narodzin, żałując, że łono jego matki nie stało się jego wiecznym grobem (20,14–17). Po co żyć, skoro pozostało mu tylko „oglądać nędzę i utrapienie, kończąc swoje dni wśród hańby” (20,18)?

Porażka proroka?

Po ludzku patrząc, Jeremiasz przegrał. Uchodząc do Egiptu, rozpłynął się w mroku historii. Pozostawił po sobie tylko słowo, które przemawia do nas również dzisiaj. Nie tylko swoje słowo, ale przede wszystkim słowo Boga, które niczym ogień stopniowo trawiło jego ciało, a niczym młot kruszyło opór jego serca. Chciał je odrzucić, ale nie był w stanie (20,9). Czy na tym miała polegać miłość Boga?

„Bóg jest miłością” (1 J 4,8) – miłością często wzgardzoną i nieodwzajemnioną przez człowieka, zapomnianą przez ludzką obojętność, a szukaną dopiero w obliczu bezradności. W każdą miłość – Bożą i ludzką – wpisuje się samotność. Izolacja przeżywana przez Jeremiasza nie była tylko jego samotnością. W istocie ucieleśniała samotność Boga, porzuconego, wykorzystanego i wymazanego z pamięci narodu wybranego. Takie osamotnienie nie jest jednak w stanie zniszczyć miłości ani jej zaprzeczyć.

Pokusa zamknięcia się w samotności, kontemplowania własnego bólu i celebrowania kolejnych zranień istnieje zawsze. Być może często jest nawet nie do uniknięcia. Jeremiasz wychodzi z niej zwycięsko poprzez słowo buntu i skargi skierowane do Boga. Jego lamentacje tylko pozornie negują Bożą miłość. To właśnie w nich odkrywa prawdę o miłości Boga, spotyka ją i wchodzi w jej logikę. Miłość jest „rozdarciem serca” (23,9), właśnie po to, by uczynić jeszcze większą przestrzeń dla tego, który ją odrzuca. Tragedią miłości nie jest samotność spowodowana odejściem czy brakiem drugiego człowieka. Klęską jest samotność, w której wzgardzona miłość interesuje się już tylko sobą, odsuwa się od innych i uznaje ich za niegodnych swego daru. Istnieje bowiem pewna miłość, której na imię samotność…

Ten wpis jest częścią serii poświęconej biblijnemu przesłaniu o Bożym miłosierdziu. Jeśli rozpoczynasz lekturę tego cyklu, zacznij od wpisu „Dlaczego pytania o Boże miłosierdzie?