Przypowieść o robotnikach w winnicy (Mt 20,1-16) kończy się sporem o to, co jest sprawiedliwe. Robotnicy i właściciel winnicy patrzą na tę samą sytuację, a dochodzą do zupełnie różnych wniosków. Jezus zaprasza swoich słuchaczy do odkrycia, że Boża sprawiedliwość przekracza ludzkie kalkulacje.

Fragment rozdziału „Robotnicy w winnicy (Mt 20,1–16)” z książki Przypowieści Jezusa. Narracyjny klucz lektury (s. 66–68):

Głównym bohaterem przypowieści jest właściciel winnicy. W toku opowiadania staje się on postacią kompletną, co wiąże się przede wszystkim z ujawnieniem przez niego samego logiki swego postępowania wobec robotników, a w szczególności jego rozumienia tego, co „słuszne” (por. Mt 20,5). W końcowej rozmowie z jednym z robotników pracujących przez cały dzień dochodzi do zderzenia dwóch różnych koncepcji sprawiedliwości.

Protestujący robotnicy jako wcielenie sprawiedliwości rozdzielczej

Robotnicy, którzy pracowali przez cały dzień, rozumieją sprawiedliwość w kategoriach odpłaty: daję, aby coś otrzymać w zamian. Skoro za ich całodzienną pracę należał się denar, to normalnym wynagrodzeniem za część dnia powinien być odpowiedni ułamek tej sumy. Ich zdaniem decyzja właściciela winnicy narusza poczucie sprawiedliwości również dlatego, że nie uwzględnia warunków, w jakich przyszło im pracować: oni musieli zmagać się z upałem, którego oszczędzono tym zatrudnionym dopiero pod wieczór (por. 20,12).

Ich rozumienie sprawiedliwości jest podszyte zawiścią, na co zwraca im uwagę właściciel, określając ich sposób patrzenia obrazem „złego oka” (20,15). Jest to metafora wyrażająca spojrzenie człowieka przekonanego, że ma mniej niż inni, co rodzi w nim zazdrość (por. Syr 14,8.10; 31,13). W rezultacie staje się on chciwy (por. Prz 28,22), a zarazem skąpy i zamknięty na pomoc ludziom w potrzebie (por. Prz 22,9). Biorąc pod uwagę status materialny robotników najemnych, troska o utrzymanie siebie i swoich rodzin jest sama w sobie zrozumiała. Równocześnie jednak myślą oni wyłącznie o sobie, nie dostrzegając sytuacji bytowej ludzi znajdujących się w podobnym położeniu.

Właściciel winnicy jako uosobienie sprawiedliwości wielkodusznej

Wyznawana przez robotników zasada sprawiedliwości rozdzielczej jest respektowana przez właściciela winnicy, ale zarazem zostaje przez niego przekroczona i zastąpiona sprawiedliwością opartą na hojności. Podejmując logikę protestujących robotników, wykazuje im, że nie dopuścił się wobec nich niesprawiedliwości, gdyż zapłacił za pracę tyle, na ile się umówił (por. Mt 20,13). Taka koncepcja sprawiedliwości okazuje się jednak niewystarczająca, by rozstrzygać o tym, co jest „słuszne” w relacjach międzyludzkich.

Próby wyjaśnienia powodów, dla których właściciel zatrudniał kolejnych robotników, szczególnie tych z ostatniej godziny, przez odwołanie się do naglącej potrzeby zakończenia prac w winnicy, nie są do końca satysfakcjonujące. Wypełnienie tej luki w oparciu o tekst przypowieści jest możliwe, jeśli zwróci się uwagę na intencję, z jaką właściciel wychodził na rynek. O ile wczesnym rankiem chodziło mu o najęcie robotników (por. 20,1), o tyle relacje o jego kolejnych wyjściach na rynek przemilczają powód, dla którego tam się pojawiał (por. 20,3.5.7). Zamiast tego zostaje podkreślone, że widział stojących tam „bezczynnie” robotników (20,3.6), którzy pozostawali bez pracy, mimo że jej szukali (por. 20,7). W konsekwencji nie mogli zdobyć środków na utrzymanie siebie i swoich rodzin.

W tym kontekście staje się zrozumiałe wyjaśnienie właściciela dane protestującym robotnikom, że kieruje się „dobrocią” (20,15b). Nie jest ona przejawem jego kaprysu, lecz wyrazem wolności w dysponowaniu własnym majątkiem (20,15a). W tej wolności okazuje się wielkoduszny. Nie zastanawia się, ile powinni zarobić ci, którzy zaczęli pracować później, ani nawet, czy są mu jeszcze potrzebni. Istotne jest jedynie to, że ci ludzie muszą zarobić na utrzymanie. Miarą tego, co „słuszne”, są ich potrzeby, a nie to, ile zdołali wypracować. Główną cechą właściciela jest zatem dobroć, która jest nie tylko sprawiedliwa, ale również wielkoduszna.

Czy wiesz, że…

Żydzi w czasach Jezusa inaczej liczyli godziny dnia niż my. Ich sposób mierzenia czasu był związany z kalendarzem księżycowym. Przez „dzień” rozumieli oni przedział czasu liczony od pojawienia się księżyca aż do następnego wieczora. Na oznaczenie całego dnia posługiwali się wyrażeniem „noc i dzień” (por. np. Mk 4,27; 5,5; Łk 2,37), choć spotyka się również odwrotną kolejność: „dzień i noc” (por. Mt 4,2; 12,40; Łk 18,7).

Sam dzień, liczony od wschodu do zachodu słońca, dzielono na dwanaście godzin. Ich długość zależała od pory roku: latem godziny były dłuższe, zimą krótsze. Dzisiaj każda godzina stanowi jedną dwudziestą czwartą część doby. W cesarstwie rzymskim długość godziny wyznaczał natomiast czas widzialności słońca. Przy przesileniu zimowym (25 grudnia), gdy dzień trwał jedynie 8 godzin i 54 minuty, godzina dzienna liczyła około 45 naszych minut, natomiast godzina nocna wydłużała się do 1 godziny i 15 minut (por. H. Daniel-Rops, Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa, s. 169).

Ponieważ przypowieść o robotnikach w winnicy rozgrywa się najprawdopodobniej pod koniec sierpnia lub na początku września, a więc w czasie winobrania, pierwsza godzina odpowiadałaby mniej więcej naszej godzinie szóstej rano. Kolejne wymienione w przypowieści godziny to: trzecia (około godziny dziewiątej), szósta (południe), dziewiąta (około godziny piętnastej) oraz jedenasta, odpowiadająca mniej więcej godzinie siedemnastej.

Ten wpis należy do serii pt. Przypowieści Jezusa. Jeśli trafiłeś tutaj po raz pierwszy, zachęcam do rozpoczęcia lektury od wpisu Dlaczego narracyjny klucz lektury przypowieści Jezusa?