Dziesięć druhen z przypowieści (Mt 25,1-13) oczekuje przybycia oblubieńca. Wszystkie zasypiają, lecz tylko połowa z nich jest naprawdę przygotowana na jego przyjście. Co odróżnia panny roztropne od nierozsądnych?
Fragment rozdziału „Dziesięć panien (Mt 25,1–13)” z książki Przypowieści Jezusa. Narracyjny klucz lektury (s. 100–101):
Dwie kategorie druhen zostają określone w przypowieści greckimi przymiotnikami: phronimos i mōros. W przekładzie Jakuba Wujka z końca XVI wieku pierwsze z tych słów zostało oddane jako „mądre”, drugie zaś jako „głupie”. Biblia Tysiąclecia tłumaczy je odpowiednio: „roztropne” i „nierozsądne”. Zderzenie tych dwóch przeciwstawnych postaw jest częste w księgach mądrościowych Starego Testamentu. Zarówno tam, jak i w przypowieści Jezusa, mądrość nie oznacza posiadania wiedzy czy wybitnych kwalifikacji intelektualnych, lecz odnosi się do praktycznego działania naznaczonego roztropnością, rozsądkiem, przezornością i odpowiedzialnością za własne decyzje. Tego właśnie zabrakło pięciu pannom oczekującym na oblubieńca bez odpowiedniego zapasu oliwy.
W oczekiwaniu czymś naturalnym jest znużenie, zmęczenie i senność. W perspektywie przedłużającego się oczekiwania sen staje się wręcz konieczny, by nie zabrakło sił w chwili, gdy przyjdzie działać. Samo zaśnięcie pozostaje zatem moralnie neutralne.
O tym, że panny zostały nazwane „roztropnymi”, decyduje ich przygotowanie („gotowe” w Mt 25,10) w chwili przyjścia oblubieńca. Druhny te myślą długofalowo. Z jednej strony biorą pod uwagę różne scenariusze wymagające odpowiedniego działania, z drugiej zaś przewidują skutki swoich decyzji. Wybrzmiewa to w odpowiedzi, której udzielają swoim towarzyszkom proszącym o pożyczenie oliwy (por. Mt 25,9). Ich odmowa nie jest ani niegrzeczna, ani ironiczna (tak interpretuje ją św. Augustyn), lecz stanowi wyraz rozsądnego, realistycznego spojrzenia na sytuację: „mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć [oliwy]”. Nie jest to jednak myślenie wyłącznie o sobie, gdyż w tej trudnej sytuacji szukają rozwiązania również dla nierozsądnych druhen – rozwiązania najlepszego w danych okolicznościach. Nie żyją więc bezmyślnie teraźniejszą chwilą, nie obchodzą się beztrosko z tym, co zostało im powierzone, i potrafią przewidywać skutki swojego postępowania.
Czy wiesz, że…
Wesele w czasach Jezusa było zawierane w dwóch etapach. Pierwszym były zaręczyny, które miały rangę zaślubin. Młodzi, mimo że nadal mieszkali osobno, stawali się rzeczywistym małżeństwem, które mogło zostać rozwiązane jedynie przez rozwód. Drugi etap następował zwykle po roku i wiązał się z uroczystością weselną.
W wigilię wesela narzeczony w towarzystwie przyjaciół udawał się po narzeczoną do domu jej rodziców. Orszak weselny, w którym oblubienica była niesiona w lektyce, przybywał do domu oblubieńca. Tam rodzice wypowiadali błogosławieństwo dla młodej pary, po czym goście składali życzenia. Wieczór upływał na zabawie, jednak oblubienica pozostawała z przyjaciółkami w oddzielnym pomieszczeniu.
Następny dzień miał charakter ludowego święta. Pod wieczór odbywał się właściwy ceremoniał zaślubin. Oblubienica, otoczona druhnami z zapalonymi lampami, zajmowała miejsce pod baldachimem (hebr. chuppa) i oczekiwała przybycia oblubieńca. Gdy ten się pojawiał, stawał pod baldachimem, a przedstawiciel synagogi urzędowo potwierdzał zawarcie małżeństwa. Następnie rozpoczynało się wesele z ucztą, śpiewami i tańcami.
Święto trwało siedem dni, jednak już pierwszego wieczoru nowożeńcy oddalali się, aby małżeństwo zostało dopełnione przez współżycie. W tamtych czasach nie znano jeszcze zwyczaju podróży poślubnej.
Ten wpis należy do serii pt. Przypowieści Jezusa. Jeśli trafiłeś tutaj po raz pierwszy, zachęcam do rozpoczęcia lektury od wpisu „Dlaczego narracyjny klucz lektury przypowieści Jezusa?”